Każdy z nas kiedyś śni o potędze. Każdy w młodości marzy o sięgnięciu takiego poziomu umiejętności, mocy, potęgi, aby móc rozwiązać wszystkie swoje problemy. Część z nas wiedziona choćby większym altruizmem marzy o uleczeniu całego świata. Stąd tez nasze marzenia, a to o czarodziejskiej różdżce, a to o złotej rybce, albo o 7 latach spędzonych w Hogwarcie. Nam, dorosłym, takie marzenia wydają się już naiwne, ale gdy przypatruję się światu, to jednak widzę, że i dorośli mają swoje upragnione czarodziejskie różdżki, np. pieniądze. Albo władzę. Może mandat europosła? Może jakieś kierownicze stanowisko? Szefostwo partii, albo biskupstwo? Może po prostu najlepszą furę w mieście? My, tacy już dorośli, w różdżki i wróżki nie wierzymy, ale to nie znaczy, że nie pragniemy cudu potęgi.
Jako chrześcijanie wcale nie jesteśmy wolni od tych pragnień. Co gorsza, jako wierzący możemy być i bardziej na te pragnienia wystawieni. Bo oto przed nami staje nadzwyczajna pokusa. Mamy przystęp do Boga. A cóż jest większym źródłem mocy niż sam Bóg?
W internecie jest wiele bardzo ciekawych filmów. Sieć dokumentuje wiele naszych poczynań. Jakiś czas temu wymieniałem się z ks.Tomaszem uwagami nad działaniami różnych teleewangelistów. Znakomita większość z nich na skalę masową urzeczywistnia przejawy mocy (czyt. mocy Bożej). Na przykład ludzie na wielkich spotkaniach masowo tracą władzę nad swoim ciałem, “padają w Duchu”. Nie chcę tu oceniać czy jest to prawdziwe działanie Ducha, czy przejaw zbiorowej histerii. Niech każdy oceni to sam dla siebie. Ja, pomimo pewnej sceptyczności, na pewno nie mam zamiaru zabraniać Duchowi Świętemu działać tak, jak sam zechce, ani tam gdzie Mu się to podoba. Pozwólcie że jednak zwrócę uwagę na to, że znakomita większość ludzi, którzy przychodzą na takie spotkania, bardzo pragnie przeżyć działanie mocy Bożej na sobie, i to właśnie w taki sposób, o jakim usłyszeli. Wcale im się nie dziwię. Ja sam przecież pragnę doświadczać obecności Boga przy mnie, a wtedy kiedy czuję się słaby, zwykle pragnę doświadczyć mocy, która by tą słabość pokonała.
Zastanawiam się dlaczego tak bardzo pragniemy mocy? Dlaczego fascynują nas wielcy mężowie i odważne kobiety? Przyczyn można by wskazać kilka, ale teraz przychodzi mi do głowy jedna. Może także dlatego, że wyrobiliśmy sobie przekonanie, iż Bóg nas zaakceptuje wyłącznie, gdy pokonamy wszelkie swoje słabości? Że naszą powinnością jest doskonałość, i tylko jako doskonali możemy zostać zaakceptowani? Tylko jak tu pokonać siebie, swoje słabości, jeśli właśnie jesteśmy słabi? Czyż więc rozpaczliwie nie pragniemy posiąść mocy, która by nas od tej słabości wyzwoliła? Która by nas wyniosła ponad naszą marność, tak, abyśmy zabłysnęli chwałą? Która by nas uwolniła od wszelakich wątpliwości i braków w wierze? Pewnie wtedy moglibyśmy stanąć przed Bogiem i pochwalić się: pokonałem wszelką słabość – miejsce w niebie należy mi się jak psu buda.
Bóg nie jest skąpy, bynajmniej, Bóg jest hojny, i rozdaje wiele swoich łask. Możemy Go prosić o wiele. Przypomina mi się tu jednak pewna skarga na słabość która męczyła św. Pawła. Nic o niej specjalnego nie wiemy, poza tym, że Paweł trzykrotnie prosił Boga, aby uwolnił go od niej (przeczytajcie w 12 rozdziale II listu do Koryntian). Jednak Bóg mu odmówił. Paweł zgodził się z tą odmową, gdyż, jak sam mówi, gdyby nie było już w nim żadnej słabości, mógłby wbić się w pychę, i stanąć przed Bogiem jako ten, któremu należy się zapłata, a nie łaska. Gdybyśmy potrafili sami zdobyć taką moc, przez którą osiągnęlibyśmy usprawiedliwienie, to po co byłby nam potrzebny Jezus? Po co Jego dzieło zbawcze, jeśli moglibyśmy się zbawić sami?
Św. Paweł pisze wręcz: “będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa. Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny”. Cóż to za dziwna logika? Mam się cieszyć z moich słabości? Aby być mocnym, muszę być słabym? Wychodzi na to, że tak! Dlaczego? Bo to nie my zbawiamy siebie, ale jesteśmy zbawieni przez Jezusa. Nie naszą mocą się to dokonuje, ale mocą Zbawiciela. Nasze zbawienie jest wyłącznie Jego dziełem. Nie zbawiamy się sami, co najwyżej dorastamy do niego, ale niezależnie od tego czy nam to idzie lepiej, czy gorzej, ono już się dokonało, już zostaliśmy wykupieni poprzez Jego ofiarę. Jeśli więc odkrywam, że we mnie zionie jakaś czarna dziura, to nie muszę jej przed Bogiem zakrywać i wstydzić się jak Adam i Ewa w raju. Jezus ofiarował się za nas w pełni i on potrafi wypełnić każdy nasz brak. On jest najlepszym lekarzem. Zna nas doskonale, bo sam jest człowiekiem. Potrafi pochylić się nad każdą naszą raną, opatrzyć ją i uleczyć. My co najwyżej możemy udzielić sobie pierwszej pomocy, ale zwykły plaster jest dobry wyłącznie na zadrapania. Jeśli rana jest poważniejsza, potrzebujemy specjalisty, tego który jest zdolny nas uleczyć. Stąd też dziwna logika św. Pawła. Każda moja słabość woła o jeszcze większą obecność Jezusa, o coraz większą moją bliskość z Nim, o coraz większe moje zaufanie Jemu. A to, moim zdaniem, są skarby cenniejsze od jakichkolwiek mocy.
Paweł Preś, lider RKK Wrocław

Pięknie Pawle
Musimy nauczyć się czerpać ze skarbca miłości Jezusa , On nam daje swoją miłość mówi bierz ! to jest dla Ciebie to wszystko co mam ! oszalałem z miłości do Ciebie , chce być z Tobą ! ta miłość daje nam moc i siłę do pokonywania wszelkich trudność .
Chrystus kocha nas miłością zbawiającą powiedzmy mu TAK ! ^ ^
Przez: Jarek w czerwiec 17, 2009
o 7:11 pm