Duchowość

Na tej stronie możesz znaleźć informację o naszych duchowych rodzicach z których chcemy brać przykład miłości i prostoty. Znajdziesz tu również teksty sióstr i braci z naszej wspólnoty jak i z innych, które według nas warto przeczytać.

Brat Charles (Karol) de Foucauld (ur.15 września 1858 w Strasburgu, zm.1 grudnia 1916 w Tamanrasset w Algierii), francuski zakonnik i misjonarz, eremita przebywający przez wiele lat wśród muzułmańskich Tuaregów.

Pochodził z katolickiej rodziny arystokratycznej, ale w młodości odszedł od wiary. Po ukończeniu szkoły oficerskiej Saint-Cyr odbywał służbę wojskową w Oranie. Jednak zrezygnował z kariery wojskowej i udał się w podróż do Maroko jako odkrywca. Odzyskał wiarę i wstąpił w 1890 roku do zakonu trapistów jako Maria Alberyk. W roku 1897 opuścił zakon i udał się do Ziemi Świętej, prowadził życie w klasztorze. W 1901 roku przyjął święcenia kapłańskie i osiedlił się na pustelni w Algierii. Działał wśród Tuaregów, był także duszpasterzem we francuskich garnizonach w Afryce. Żył w pustelni w Tamanraset.

Jego działalnością było stworzenie słownika tuaresko-francuskiego, przełożenie Ewangelii najęzyk tuareski, a także poezji tuareskiej.

Zginął w 1916 roku zastrzelony przez członka muzułmańskiej sekty.

Z jego inspiracji i na podstawie stworzonej przez niego reguły po jego śmierci powstało Zgromadzenie małych braci Jezusa. Później powstały inne zgromadzenia, w Polsce są obecnie min. Mali bracia i małe siostry Jezusa

Brat Roger z Taize-Założyciel i przeor ekumenicznej wspólnoty z Taize dźgnięty nożem zmarł podczas wieczornej modlitwy. Roger Schutz urodził się 12 maja 1915 roku w Szwajcarii w rodzinie ewangelików reformowanych. W latach 1937-1940 studiował teologię. W roku 1940 wyjechał do okupowanej Francji by pomagać najuboższym, tam zaczęła się tworzyć wokół niego monastyczna wspólnota braci. Z biegiem lat do braci protestantów zaczęli dołączać katolicy.

Brat Roger choć był pastorem ewagelicko-reformowanym zdecydował się na życie w celibacie, chciał swoje życie poświęcić innym. Osiedlając się pięć kilometrów od Cluny (źródła reformy Kościoła w XII w.) nawiązał do monastycznych tradycji tego miejsca.

Na początku był stary dom, zamknięty na cztery spusty kościółek i jedna koza. Młody Szwajcar szybko zdobył sympatię okolicznych mieszkańców – głównie starszych ludzi.

Wkrótce pojawili się kolejni bracia, a w murach kościółka zaczęły rozbrzmiewać, trzy razy dziennie, śpiewane psalmy. Dzisiaj Mały kościółek jest osobnym miejscem ciszy, a śpiewy słychać z pobliskiego kościoła zdolnego pomieścić blisko pięć tysięcy osób.

Charyzmatem „Wspólnoty braci z Taize” była od początku pomoc najuboższym i potrzebującym. W czasie wojny brat Roger ukrywał żydów i pomagał uchodźcom. Dzisiaj Fraternie (domy) Wspólnoty znajdują się w najbiedniejszych zakątkach świata. Z biegiem lat wspólnota odkryła inne równie ważne zadanie – ewangelizacja młodych. Od wielu lat do Taize zjeżdżają rzesze ludzi, by trzy razy dziennie modlić się wspólnie z Braćmi.

Ekumenizm w Taize to przede wszystkim wspólnota z drugim człowiekiem, który jest przecież bratem w Chrystusie. W ten sposób myślał założyciel „Comunaunte de Taize” (Wspólnoty z Taize). Jan XXIII nazywał tą małą francuską wioskę „małą wiosną Kościoła”.

Brat Roger w Taizé, 2003

+COŚ BARDZO PROSTEGO+

Otwierając Ewangelię każdy z nas może sobie powiedzieć: te słowa Jezusa są trochę tak, jak bardzo stary list napisany do mnie w nieznanym języku; ponieważ jednak zaadresowany został przez Kogoś, Kto mnie kocha, spróbuję zrozumieć jego sens i zaraz wprowadzić w życie to, co zrozumiem, nawet, jeśli zrozumiem niewiele…

To nie rozległa wiedza jest konieczna na początku – ona będzie miała swoją wartość. Człowiek zaczyna pojmować Tajemnicę Wiary sercem, dzięki temu, co jest w jego głębi. Wiedza przyjdzie potem. I nie wszystko dane nam jest w jednej chwili. Życie wewnętrzne rozwija się w nas krok po kroku. Tajemnice wiary przenikamy posuwając się do przodu etapami.

W głębi człowieka tkwi tęsknota za obecnością, nieme pragnienie komunii. Nie zapomnijmy nigdy, to proste pragnienie Boga jest już początkiem wiary.

Poza tym, nikt nie jest w stanie zrozumieć sam o własnych siłach wszystkiego w Ewangelii. Możemy sobie powiedzieć: w tej niepowtarzalnej komunii, którą jest Kościół, to, czego sam nie mogę pojąć w wierze, inni rozumieją i tym żyją. Nie opieram się więc tylko na swojej własnej wierze, ale na wierze chrześcijan wszystkich czasów, na wierze tych, którzy nas w niej poprzedzili, od Maryi Dziewicy i Apostołów począwszy, aż po tych, którzy dzisiaj nią żyją. I dzień po dniu wewnętrznie przygotowuję się do tego, by zaufać Tajemnicy Wiary.

W ten sposób jasne się staje, że wiara, zaufanie do Boga, jest czymś bardzo prostym, tak prostym, że dla wszystkich dostępnym. Wiara jest jakby wewnętrznym wzlotem, przez całe życie ciągle ponawianym, aż do ostatniego tchnienia.

brat Roger z Taizé

tekst pochodzi ze strony www.taize.fr

Modlitwa brata Karola:

Mój Ojcze, Powierzam się Tobie. Uczyń ze mną co zechcesz. Cokolwiek uczynisz ze mną dziękuję Ci.

Jestem gotów na wszystko, przyjmuję wszystko, aby Twoja wola spełniła się we mnie i we wszystkich Twoich stworzeniach.

Nie pragnę nic więcej, mój Boże. W Twoje ręce powierzam ducha mego, z całą miłością mego serca.

Kocham Cię i miłość przynagla mnie by oddać się całkowicie w Twoje ręce, z nieskończoną ufnością, bo Ty jesteś moim Ojcem.

Łaska i pokój od Pana naszego Jezusa Chrystusa

Potem Jezus odszedł stamtąd i podążył w stronę Tyru i Sydonu.  A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: Odpraw ją, bo krzyczy za nami!  Lecz On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: Panie, dopomóż mi! On jednak odparł: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom. A ona odrzekła: Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów.  Wtedy Jezus jej odpowiedział: O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz! Od tej chwili jej córka była zdrowa.

Mateusz 15, 21-28

Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem! Gdy czytam tą Ewangelie zawsze budzi się we mnie jakiś wewnętrzny bunt, jakim cudem Dobry Jezus, który uzdrawia chorych, pociesza odepchniętych, daje nadzieję ubogim, może potraktować tak kobietę kananejską. To jest niesprawiedliwe – przecież Jezus tak nie może zrobić.

Na szczęście ten fragment Ewangelii nie zmienia naszego obrazu kochającego i dobrego Jezusa! Dlaczego jednak w taki sposób potraktował On pogankę? Dlaczego nie chce pomóc (jak się wydaje) opętanej córce. Jezus przecież dobrze wie co się święci i jak za chwilę odmieni  się sytuacja.

W tym fragmencie ciekawa jest reakcja i zachowanie apostołów – naszych świętych autorytetów wiary – Odpraw ją, bo krzyczy za nami! O co w tym wszystkim chodzi, czy wierzący poganin/poganka to gorszy człowiek? Okazuje się, że w całej tej paradoksalnej sytuacji, Jezus chce nas nauczyć wytrwałości – no przecież ta kobieta mogła powiedzieć – mam to gdzieś, słyszałam, że jest takim dobrym człowiekiem, wszystkich przygarnia, a tu okazuje się, że nie różni się niczym od innych Żydów – za nic ma Gojów (nie Żydów). Uczniowie okazują się faryzeuszami – chcą by Jezus „spławił” kochającą matkę, której córka cierpi.

Cała ta sytuacja się zmienia, następuje wymiana zdań między Panem a poganką, i okazuje się, że Jezus akceptuje jej wiarę, pochwala ją i daje jej czego chce. O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz! – tłumaczenie Biblii Tysiąclecia wręcz wskazuje na zaskoczenie i radość Jezusa z jej wiary. Nie wiemy, czy poganka stała się uczennicą Jezusa, ale wiemy, że dał jej to czego chciała. Dał jej, bo prosiła.

W Starym Testamencie dostrzegam pewną podobną postać, Żyda – Jakuba (Księga Rodzaju 32, 25-30) Wymusza na Bogu błogosławieństwo. Bardzo lubię tą historię, ukazuje Ona, podobnie jak Mt 15, 21-28 bardzo ciekawą rzeczywistość relacji do której zaprasza człowieka Bóg.

Jahwe w Starym Testamencie i Jezus w Nowym chce by zaangażowanie okazał człowiek, no bo przecież Bóg dobrze wie czego nam potrzeba, to po co go prosić. No właśnie, Bóg wydaje się chcieć być potrzebny, chce, byśmy mieli świadomość, że możemy go prosić o dobra dla nas. I tak, wydaje się, obojętny Jezus na prośbę kobiety „ugina” się. Anioł walczy z Jakubem, ale to człowiek „wymusza” błogosławieństwo.

Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. (Mt 7,7) Bóg chce naszego zaangażowania, chce z nami współpracować. W rzeczach, które są w zasięgu ludzkiej mocy – po ludzku – gdy jesteś chory, idź do lekarza (pomódl się przy okazji o mądrość dla Niego), gdy masz trudną sytuację finansową, może powinieneś zmienić pracę. Bóg zaprasza nas byśmy z Nim współpracowali również w rzeczach poza naszym wpływem, dlatego zaprasza nas do gorliwej modlitwy. Chce byśmy go prosili.

Jezus w rozważanej przeze mnie Ewangelii uczy też, że uczniowie zbyt łatwo chcieli ją odprawić, że nie chcieli jej pozwolić okazać swojej wiary.

To dobra nowina dla nas, Jezus daje nam zawsze szanse. Gdy sytuacja wydaje się beznadziejna, chce byśmy byli wytrwali mimo przeciwności, bo gdy zaufamy Temu od którego wszystko pochodzi i do którego wszystko należy, to otrzymamy to na czym nam zależy.

Bogu dzięki, za wiarę tej poganki, bo zapewne i jej świadectwo wpłynęło na myślenie apostołów o poganach.

Dobra nowina dla nas, to zaproszenie do wytrwałości, gdy Bóg wydaje się być głuchy, może być zupełnie inaczej, może po prostu chce byśmy się bardziej zaangażowali, by okazać swoją łaskę, która współpracuje z człowiekiem. Zawsze zachwyca mnie ta rzeczywistość – Bóg tak bardzo chce być partnerem człowieka, tak bardzo traktuje go jak przyjaciela i współpracownika.

Nie bójmy się prosić, nie poddawajmy się. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego (Łk 1,37). Nawet gdy wszystkim dookoła wydaje się, że nie mamy u Boga czego szukać, to walczmy z Nim, walczmy ze swoim zwątpieniem. On chce nam pomóc, chce nam dać to o co Go prosimy i czego nam potrzeba, bo jest Dobrym Bogiem, i nie jest dla niego ważne, skąd jesteśmy i kim jesteśmy, dla Niego ważna jest nasza szczerość, masze zaangażowanie, nasze pragnienie i wola.

Ktoś z was, mając przyjaciela, pójdzie do niego o północy i powie mu: Przyjacielu, użycz mi trzy chleby, bo mój przyjaciel przyszedł do mnie z drogi, a nie mam, co mu podać. Lecz tamten odpowie z wewnątrz: Nie naprzykrzaj mi się! Drzwi są już zamknięte i moje dzieci leżą ze mną w łóżku. Nie mogę wstać i dać tobie. Mówię wam: Chociażby nie wstał i nie dał z tego powodu, że jest jego przyjacielem, to z powodu natręctwa wstanie i da mu, ile potrzebuje. Ja wam powiadam: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Jeżeli którego z was, ojców, syn poprosi o chleb, czy poda mu kamień? Albo o rybę, czy zamiast ryby poda mu węża? Lub też gdy prosi o jajko, czy poda mu skorpiona? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą.

(Łk 11,5-13)

Eucharystia – posiłek z bratem i Bogiem.

Księga Rodzaju 14. 18-20
Psalm 116. 10-17
1 Koryntian 11. 23-26
Jan 6. 51-58

Nie przez przypadek mówi się, że Eucharystia to serce wspólnoty chrześcijańskiej.  Jezus, znalazł dziwny jak na Boga sposób pozostania pośród nas: poprzez konsekracje, chleb i wino, które stają się dla wierzących obecnością ciała i krwi. Ze wszystkich sakramentów, Eucharystia jest sakramentem w stopniu najwyższym. Zarazem Testament Jezusa i urzeczywistnienie Jego obecności pośród wspólnoty wierzących.

Wśród chrześcijan jest wiele sposobów pojmowania tego sakramentu. Pojawiają się dziwne słowa – transsubstancjacja, którą zdefiniował Tomasz z Akwinu, oznacza ono, że przez  słowa księdza, chleb ulega przeistoczeniu, w ciało Jezusa. Ks. dr. Marcin Luter Eucharystie zdefiniował jako konsubstancjacja – to znaczy, że podczas przyjmowania chleba, nie zmienia się jego substancja, ale razem z nią, przyjmujemy prawdziwe ciało i krew Jezusa. Poglądy te jednak nie są wymysłem ani Tomasza ani Marcina, ale ich opowiedzeniem się za jedną z możliwych interpretacji, tego co w starożytnym i średniowiecznym chrześcijaństwie było powszechne.

To tylko dwa możliwe sposoby interpretacji tego sakramentu. W Księdze Rodzaju, pojawia się obraz kapłana Melchizedeka, który przychodzącemu Abramowi, daje chleb i wino – nie przez przypadek właśnie te dary. Są one pewnym obrazem królewskiej uczty, na którą Melchizedek zaprasza Abrama. Można by powiedzieć, że jest to praeucharystia. Dając chleb i wino, błogosławi on Boga Najwyższego. W dzisiejszym Psalmie również pojawia się obraz podnoszenia kielicha jako dziękczynienia. Najbardziej dosadnie o Eucharystii, jako testamencie Jezusa, mówi nam Paweł. Samo spożywanie ciała i krwi łączy z głoszeniem Jezusa, jego śmierci, do chwili Jego ponownego przyjścia. Jednak skąd w chrześcijaństwie tak dużą wagę przywiązuje się do chleba i wina, wyjaśnia nam dziś Jezus, który mówi, że to Jego ciało i krew, które mamy spożywać, jest prawdziwym napojem i posiłkiem. „Ja jestem chlebem żywym który zstąpił z nieba” (Jan 6.51)

Wszystkie te teksty, i wiele więcej które można znaleźć z Biblii odnośnie chleba i wina, muszą nam dać do myślenia – po co tak dużo uwagi przywiązywać do tak zwykłych rzeczy. No bo z jednej strony, chleb był jedzony codziennie, a wino (znacznie słabsze niż to dzisiejsze) było najbezpieczniejszym napojem (podobnie jak piwo w średniowiecznej Europie Północnej) z drugiej strony były to znaki uczty królewskiej.

Mając to wszystko przed sobą, mamy obraz Boga, który będąc Królem królów, zaprasza nas na Jego ucztę, nie tylko tą w niebie, ale już tu na ziemi. Kolejna ciekawa rzecz to codzienność tych znaków, Bóg ukazuje się jako Ten, który zstępuje do ludzkiej codzienności, i chce być w tym co jest codzienne – niejako wychodzi ze świątyń by być pośród ludzi.

Eucharystia co z greki znaczy dziękczynienie,  ma wiele nazw, jedną z nich jest Komunia Święta. I tutaj dotykamy kolejnego wymiaru tego sakramentu – wspólnoty. Gdy spożywamy jeden chleb i pijemy z jednego kielicha, uczestniczymy we wspólnocie z Bogiem, braćmi i siostrami. Nie można nigdy pomijać wspólnotowego charakteru Eucharystii. W liście do Koryntian św. Paweł pisze kawałek za dzisiejszym tekstem, o niegodnym spożywaniu. Tradycyjnie przyjmuje się, że o grzechy tu chodzi i ich wyznanie przed przyjęciem ciała i krwi. Trzeba jednak pamiętać, że Paweł gdy pisze swoje listy, zawsze umieszcza je w czasie i przestrzeni. W Koryncie Kościół miał wiele problemów, jednym z nich był podział w Kościele. Osobiście uważam, że właśnie o to chodzi Pawłowi, by spożywana Komunia była przyjmowana bez sporów i kłótni, ale w jedności i miłości, pamiętając, że właśnie taki charakter miała jedyna ofiara Chrystusa, by pojednać!

Czy pragnąc jedności, Chrystus, chciał by właśnie ten sakrament stał się jednym z największych powodów rozłamu? Wierze, że chrześcijanie zwyczajnie zawalili sprawę, przez swoją wścibskość. Mając słowa Jezusa, chcieli iść dalej i dotknąć w Eucharystii tego, co powinno być dla nas już ukryte. Wierzę, że Komunia Święta, to sakrament OBECNOŚCI Jezusa pośród nas. Nie obchodzi mnie „transsubstancjacja” czy „konsubstancjacja” ale OBECNOŚĆ. Nie wiem, jak to się dzieje, i nie jestem w stanie tego rozumowo wyjaśnić, ale wierzę, że Chrystus jest obecny pośród nas w konsekrowanym chlebie i winie. Nieważne w jaki sposób. Mi Eucharystia przynosi poczucie namacalnej obecności Jezusa, jego czułości i dobroci, chęci dawania. Tą miłość Boga do świata, można zauważyć w Eucharystii.

Wierzę, że jednym z zadań Kościoła jest podtrzymywanie Eucharystycznej obecności Jezusa.

prezbiter Tomasz

W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego

Duch Święty, trzecia osoba Trójcy jest dla nas pewną tajemnicą. Posłany w dniu Pięćdziesiątnicy tworzy, umacnia i kieruje Kościołem pomimo naszych niewierności. Jest z nami już dwa tysiące lat, ale przecież tak trudno go uchwycić. Bóg Ojciec jako Stwórca jest dla nas zrozumiały, Jezus przez kilkadziesiąt lat chodził po ziemi i jego zbawcza misja tez jest dla nas zrozumiała, potrafimy go sobie wyobrazić, objąć naszym umysłem. Duch Święty jednak nigdy nie przedstawia nam się pod jakąś osobową postacią. W naszej ikonografii zwykle występuje jako gołębica. Duch Święty nie staje z nami twarzą w twarz, jest wiec też trudniejszy dla nas do zrozumienia.

Ducha Bożego przywoływali już Prorocy. Wzywali go aby stał się dla człowieka źródłem natchnienia, aby przemienił ludzkie serca nieskore do wierności Bogu. W dzisiejszych czytaniach widzimy pewne dziwne wydarzenie, które wydaje się być wręcz nierzeczywiste, jakby mityczne. Oto wiatr napełnił pokój, nad głowami apostołów ukazują się języki ognia, nagle zaczynają mówić w wielu językach – ten opis sugeruje zupełnie nadnaturalne zjawisko, które wydarzyło się kiedyś, lecz już jakby się nie wydarza. Czy ktoś widział płomienie ognia nad bierzmowanymi? Takie rzeczy się już nie dzieją. Czyżby więc tamto wydarzenie było jedyne w swoim rodzaju, dane tylko apostołom i nigdy już nie powtórzyło się w historii?

Jak to zwykle bywa, to co początkowo przyciąga naszą uwagę wcale niejest tym co najważniejsze. Przypatrzmy się całej sytuacji, oto mamy apostołów i innych uczniów, którzy po tragedii ukrzyżowania nagle doświadczyli obecności zmartwychwstałego Jezusa. Ukrzyżowanie było dla nich samych wielką tragedią, choć to nie oni zawisnęli na krzyżu. Oto kilka lat wcześniej spotkali kogoś wyjątkowego, rabbiego który nie był jak inni. Jezus mówił inaczej, mówił z mocą, jak ten który ma władzę. Co więcej, potwierdzał swoje słowa znakami, tak że ludzie ściągali do niego. Któż nie poszedłby do człowieka, o którym wieść niesie, że potrafi przywrócić wzrok niewidomym, uzdrowić sparaliżowanych? Choćby z samej ciekawości, jeśli mu zdrowie dopisuje. Jezus napotkał na swojej drodze wielu i wybrał sobie dwunastu prostych, nieskomplikowanych ludzi, aby trwali przy nim i uczyli się od niego. To nie były żadne tam wykształciuchy, lecz ludzie którzy wykonywali podstawowe prace, którzy nie byli ani bystrzy ani inteligentni, ani nie mieli daru wysławiania się. Oni szli za nim i widzieli wielkie rzeczy, lecz mieli spory problem aby zrozumieć co się dzieje, kim On jest, że takie rzeczy czyni? Jezus nawet im to czasem zarzucał, że nie potrafią zrozumieć tego co mówi. Ledwie Szymon kiedyś odważył się powiedzieć głośno “Tyś jest Mesjaszem”. Ale nawet wtedy coś im nie pasowało, bo przecież nie takiego Mesjasza spodziewano się w Izraelu. I kiedy już zaczynali Mu wierzyć wydarzyła się najgorsza tragedia. Jezusa pojmano, osadzono, wyśmiano i skazano na śmierć. Bóg nie zaingerował, Jezus naprawdę umarł. Jak to mogło się stać, iż ten, który zdawał się Mesjaszem, który nazywał Boga Ojcem, zaś Bóg Go tyle razy wysłuchał, został stracony jak najpodlejszy złoczyńca. To była absolutna klęska, kompletne zawalenie się nadziei którymi przez kilka lat żyli. Nic, tylko uciec z Jerozolimy, schować się gdzieś i udawać, że nigdy Go nie widzieli. Lęk przed pojmaniem przytrzymał ich jednak w zaciszu Wieczernika, aż minął szabat. Pewnie po szabacie wymknęli by się pojedynczo, lecz nagle dobiegły ich dziwne wieści. Kobiety, które wczesnym rankiem zdecydowały się pójść do grobu, stwierdziły, że jest on pusty! Ktoś zabrał Jego ciało! Maria Magdalena płakała i prosiła ogrodnika – oddaj mi go, i wtedy nagle doświadczyła niemożliwego. To nie był jakiś ogrodnik, lecz sam Jezus żywy stał przy niej. Wydarzyło się coś, czego nigdy nie rozumieli. Ten, który został zabity, znów stał pośród nich.

Zmartwychwstanie Jezusa naprawdę jest doświadczeniem, które przerasta nasze myślenie. Jezus zaczął ukazywać się uczniom w różnych miejscach, pocieszać ich, umacniać ich wiarę i pouczać co teraz mają robić. W końcu po czterdziestu dniach w obecności apostołów uniósł sie w górę i obłok go zasłonił. Oni stali, patrzyli się w górę w nadziei ze cos się stanie, lecz On nie powracał. Co mieli robić? Wrócili z cały tym bagażem doświadczeń do Wieczernika, wybrali zastępcę na miejsce Iskarioty i zwyczajnie nie wiedzieli, co mają dalej robić. Jak tu iść w świat i głosić Jego słowa? Jak to zrobić? Kto z nich ma tyle mocy i odwagi aby pójść w świat i mówić wprost do ludzi o tym w co uwierzyli? Czyż my, którzy uwierzyliśmy Jezusowi też tego nie doświadczamy? Przecież to wcale nie jest takie łatwe. Niejeden z nas jest dużo lepiej wykształcony, niż wszyscy apostołowie razem wzięci. Co oni mieli robić? Nie wiedzieli. Zebrali się razem i trwali na modlitwie czekając na jakieś natchnienie.

Gdy naszedł dzień Pięćdziesiątnicy nagle coś się stało. Widzimy zupełnie innych ludzi. Nikt z nich już się nie chowa. Wszyscy wylegli i zaczęli publicznie nauczać i to na dodatek w taki sposób, że wszyscy ich rozumieli, mimo że w słuchali ich Żydzi i prozelici z różnych krajów i ludów. Co takiego stało się że z ludzi niepewnych, apostołowie stali się odważni, że przestali się lękać ? Co w nich się zmieniło ? Wróćmy na chwilę do tego, czego uczył ich Jezus — skromności, uczciwości, miłosierdzia, braku obłudy, oraz przywiązania do Boga, lecz nie byle jakiego. Uczył ich mówić do Boga Ojcze, a w zasadzie nie ojcze, lecz Abba — Tato. Ten dziwny sposób zwracania się do wielkiego Jahwe, Pana Zastępów, inni brali za obrazoburstwo. Gdy Jezus stał przed Sanhedrynem o nic nie mogli go oskarżyć, lecz gdy przyznał ze jest Synem Bożym, że Bóg jest Mu Ojcem, rada skazała go natychmiast. Ten dziwny związek Jezusa z Bogiem był nie do zaakceptowania. To właśnie ten związek czynił go kimś szczególnym, powodował, że Jezus mówił nie jak ten, który interpretuje, lecz jak ten, który wie. Lecz Jezus nie tylko mówił: Bóg jest moim Ojcem, lecz również waszym Ojcem. My też możemy wołać do Boga – Abba — Tatusiu, tak samo jak to czyni On. Ten szczególny Duch miłości między Ojcem a Synem to właśnie Duch Święty. I tego właśnie Ducha Jezus obiecał wszystkim, którzy Mu uwierzą, którzy uwierzą Mu, że Bóg jest ich Tatą.

Zstąpienie Ducha w dniu Pięćdziesiątnicy było dla wszystkich w Wieczerniku wielkim wydarzeniem. To, na co ze zdziwieniem patrzyli przez kilka lat, stało się ich udziałem. Duch Święty sam zaczął zaświadczać w ich sercach, że są ukochani przez Boga, że ich Tata jest z nimi. Wielka wzajemna miłość Ojca i Syna ogarnęła również ich. Poznali iż dzięki Jezusowi zostali na nowo usynowieni, że Bóg wyniósł ich ponad aniołów do świata swojego wewnętrznego życia. I nie są tam wcale gośćmi, lecz domownikami, braćmi i siostrami samego Jezusa. To, czego wcześniej nie potrafili zrozumieć teraz rozumieli, gdyż po prosty doświadczali tego w swoich sercach. Sam Duch Święty składał im świadectwo miłości i usynowienia. Bez tego doświadczenia Kościół by nie powstał, uczniowie nie wyszliby na zewnątrz, wszyscy z biegiem czasu zapomnieliby o Jezusie i jego misja zakończyłaby się wraz z Jego odejściem do nieba.

Duch święty nie został obiecany tylko bezpośrednim uczniom Jezusa, został obiecany każdemu, i co teraz najważniejsze, został obiecany również nam. To dziedzictwo uczestnictwa w Bożej Miłości jest dostępne dla nas tu i teraz. Nie musimy czekać do naszej śmierci, aby zacząć doświadczać nieba. Duch Święty może uczynić to już dziś. Jeśli chcesz, może dziś przyjść do ciebie i przemienić twoje wnętrze, jeśli tylko chcesz. Musisz tylko wykonać dwa małe kroczki. Uwierz Jezusowi, że Bóg cię kocha i poproś Ducha Świętego, aby przyszedł do ciebie.

brat Paweł

lider Wspólnoty we Wrocławiu.

Jeśli Bóg jest miłosierny to skąd w Biblii groźby?

Jeżeli Bóg jest miłosierny, to dlaczego w Biblii pojawiają się groźby? Biblia rysuje nam obraz Boga, który jest miłością i pragnie dla ludzi pełni życia. Ta pewność dociera do nas dzięki Jezusowi Chrystusowi, ale już w Starym Testamencie można ją wyczytać między wierszami. Pismo Święte rozpoczyna się opowieścią o stworzeniu. Widzimy tu Boga, który nie strzeże zazdrośnie swych dóbr dla siebie samego, ale pragnie wszystkim dzielić się z innymi istotami, które powołuje do życia. Dalej odnajdujemy sedno wiary Izraela, epopeję Boga, który wyzwala grupę niewolników i czyni z niej swój lud wybrany, powołany do tego, żeby żyjąc według Bożego prawa, był pośród stworzenia znakiem obecności i współczującej miłości Boga.

Więcej jeszcze: Bóg nigdy nie rezygnuje ze swojej miłości. Kiedy Jego lud oddala się od Niego, wciąż szuka sposobu, żeby zawrócić go na właściwą drogę. Zawsze gotów przebaczać w odróżnieniu od ludzi (zob. Księga Izajasza 55, 6-9), objawia się jako „Bóg miłosierny i łagodny, nieskory do gniewu, bogaty w łaskę i wierność” (Psalm 86, 15).

Jeśli mówi się o Bogu, że jest „nieskory do gniewu”, czy mimo to może wpadać w gniew? Kiedy Żydzi szli przez pustynię, wiele razy czytamy o tym, że „zapalił się gniew Pana przeciw ludowi” nieposłusznemu (Księga Liczb 11, 33, por. 11, 1; 12, 9). Ponadto, w księgach prorockich czasem widzimy, jak sami prorocy występowali przeciwko winom ludu z pasją, a nawet z gwałtownością. Obecnie, w naszych czasach, nie umiemy dostrzec, w jaki sposób groźby i gniew mogą być w zgodzie z obrazem Boga czułego i przebaczającego.

Bo nie trzeba patrzeć na „gniew Boga” i Jego przebaczenie jako na coś całkowicie przeciwstawnego, ale raczej trzeba je widzieć jak dwie strony jednej i tej samej rzeczywistości. Określenie „gniew” w odniesieniu do Boga ma podkreślić, że Jego miłość nie zamierza tolerować niczego, co przeszkadza życiu, lub je niszczy, mówiąc krótko niczego, co nazywa się złem. Jeżeli Bóg kocha naprawdę, nie może być obojętny widząc swoją miłość wyszydzoną, odrzuconą, ponieważ oznaczałoby to, że pogodził się z tym, że Jego plan, aby dać pełnię życia, nie powiedzie się.

Kiedy Biblia przynosi słowa, które wydają się surowe, trzeba je odczytywać jako krzyk serca – Boga, albo tego, kto mówi w jego imieniu – krzyk wskazujący konsekwencje odrzucenia miłości nieustannie ofiarowywanej. To, co nazywa się „gniewem Boga”, wcale nie jest zaprzeczeniem miłości, jest, paradoksalnie, wyrazem tej miłości, za sprawą ludzkiej wolności wystawionej na tymczasową klęskę. Powraca jednak pytanie – skoro Bóg jest Miłością, czy ta miłość nie powinna ostatecznie pokonać wszelkiego sprzeciwu? Prawdziwy problem nie polega jednak na tym, żeby wiedzieć, czy Bóg zna gniew, ale jak to się dzieje, że ten gniew może skutecznie usuwać zło nie gwałcąc wolności tego, kto stoi naprzeciwko.
Czy Ewangelia pomaga rozwiązać dylemat odtrąconej miłości?

Wydaje się, że biblijny obraz Boga stawia nas przed dylematem: z jednej strony Bóg, który może tylko kochać, z drugiej, Bóg, który nie może tolerować zła. W języku biblijnym miłość Boża sprawia wrażenie, jakby była skazana na rozdwojenie, jakby dzieliła się na miłosierdzie i gniew, i jedno nigdy nie jest w stanie całkowicie zasłonić drugiego.

Doświadczenie proroków wskazuje rozwiązanie tego dylematu. Najpierw doświadczenie Ozeasza, który został zmuszony do poślubienia kobiety niewiernej. Zraniony niewiernością swojej żony, prorok grozi jej, ale szybko sobie zdaje sprawę, że ponieważ ją kocha, to wyrządzając jej zło, takie samo, jeśli nie większe, wyrządza sam sobie. Dzięki temu rozumie, że to, co ludzie poznają jako gniew Boży, jest zewnętrznym obrazem Boga cierpiącego na widok swojej odtrąconej miłości.

Prorok Jeremiasz idzie dalej w tym samym kierunku. Wobec tego, że lud odmawia słuchania ostrzeżeń, które ma im głosić w Imię Boże, Jeremiasz czuje się rozdzierany przez dwie tendencje: „Oczy moje wylewają łzy dzień i noc bez przerwy, bo wielki upadek dotknie Dziewicę, Córę mego ludu” (14, 17). Za sprawą swego wewnętrznego bólu Jeremiasz staje się więzią łączącą jego rodaków z Bogiem.

Krok dalej i docieramy do tajemniczej postaci Sługi Pana (Księga Izajasza 53). Podobnie jak Jeremiasz, ten niewinny człowiek, posłany przez Boga, bierze na siebie ukryte cierpienia winowajców, i więcej jeszcze, to przyjęte cierpienie przyczynia się do ich uleczenia. Tak jakby przebaczenie mogło osiągnąć cel, jeśli nie spadnie z góry, ale dotrze z dołu, jeśli wyrazi się w solidarności okazanej sprawcom zła, ze wszystkimi konsekwencjami.

Ta ewolucja daje nam klucz do zrozumienia losu Jezusa: „Chrystus przecież również cierpiał za was (…) On grzechu nie popełnił, a w Jego ustach nie było podstępu. On, gdy Mu złorzeczono, nie złorzeczył, gdy cierpiał, nie groził, ale oddawał się Temu, który sądzi sprawiedliwie. On sam, w swoim ciele poniósł nasze grzechy na drzewo, abyśmy przestali być uczestnikami grzechów, a żyli dla sprawiedliwości – Krwią Jego zostaliście uzdrowieni.” (1 List św. Piotra 2, 21-24).

Patrząc na Jezusa oddającego swoje życie, odgadujemy, co święty Jan, w uderzającym skrócie, nazywał „gniewem Baranka” (Apokalipsa 6, 16). Skoro „gniew Boży” jest inną nazwą cierpienia odtrąconej miłości, to ta miłość może być skuteczna jedynie wtedy, kiedy w pełni przyjmie na siebie konsekwencje takiego odtrącenia. Gniew powinien więc przemienić się w solidarność w cierpieniu, utożsamiając się w ten sposób ze skrajną postacią miłosierdzia. Nie proponując żadnego oporu przeciw złu, Chrystus wchłania je w bezmiar dobra. Śmierć traci swój oścień (zob. 1 List do Koryntian 15, 54-57), aby stać się drogą, która prowadzi do Życia.

Teksty pochodzą ze strony Ekumenicznej Wspólnoty z Taize www.taize.fr

Dietrich Bonhoeffer,

Młody pastor, symbol Niemców, którzy sprzeciwili się nazizmowi, należy do tych osób, które mogą nas wspierać na naszej drodze wiary. To on w najmroczniejszych chwilach XX wieku oddał swoje życie, narażając się na śmierć męczeńską, w więzieniu napisał słowa, które śpiewamy w Taizé: „Boże, spraw, by myśli moje zwróciły się ku Tobie. Przy Tobie jest światło, nie zapomnisz o mnie. Przy Tobie jest pomoc, przy Tobie cierpliwość. Ja dróg Twoich nie rozumiem, Ty jednak drogę dla mnie znasz.”

U Bonhoeffera poruszające jest jego podobieństwo do Ojców Kościoła, myślicieli chrześcijańskich z pierwszych wieków. Punktem wyjścia całej pracy Ojców Kościoła było poszukiwanie jedności życia. Umieli zdobyć się na najgłębsze rozważania intelektualne, ale równocześnie dużo się modlili i byli w pełni włączeni w życie Kościoła swoich czasów. To samo można znaleźć u Bonoeffera. Intelektualnie był obdarzony niemal ponad miarę. Ale równocześnie ten człowiek tak wiele się modlił, codziennie rozważał Pismo Święte, aż do ostatnich chwil swego życia. Rozumiał je podobnie, jak to kiedyś powiedział Grzegorz Wielki, jako list, który Bóg do niego napisał. Mimo że pochodził z rodziny, w której mężczyźni – ojciec, bracia – byli w zasadzie agnostykami, mimo że jego Kościół, niemiecki Kościół protestancki, bardzo go w czasach nazizmu zawiódł i przysporzył mu wiele cierpienia, w pełni był członkiem Kościoła.

Wspomnę trzy jego teksty:

Doktorat, Sanctorum Communio, jest czymś wyjątkowym w tamtej epoce: dwudziestojednoletni student pisze pracę dogmatyczną na temat socjologii Kościoła, wychodząc od Chrystusa. Rozważanie tego, czym powinien być Kościół, odwołujące się do Chrystusa, wydawało się wówczas niestosowne. Kościół jest dla niego czymś dużo większym niż instytucja, jest Chrystusem istniejącym pod postacią Kościoła. Chrystus nie jest trochę obecny dzięki Kościołowi, to zupełnie nie tak – istnieje On dzisiaj dla nas pod postacią Kościoła. Bardzo jest to zgodne ze świętym Pawłem. Bonhoeffer mówi o tym Chrystusie, który wziął na siebie nasz los, zajął nasze miejsce. Ten sposób postępowania Chrystusa pozostaje podstawowym prawem Kościoła: zajmować miejsce wykluczonych, tych, którzy czują się poza nawiasem, tak jak robił to Jezus, kiedy pełnił swoją ziemską misję już od chwili chrztu. Pasjonujące jest odkrywanie, jak ta książka mówi o wstawiennictwie – jest ono jak krew, która płynie w Ciele Chrystusa. Aby to wyrazić, Bonhoeffer odwołuje się do teologów prawosławnych. Mówi również o spowiedzi, której już prawie nie praktykowano w Kościołach protestanckich. Proszę sobie wyobrazić: dwudziestojednoletni człowiek potwierdza, że możliwe jest, aby kapłan Kościoła powiedział do nas: „Twoje grzechy są odpuszczone”, i utrzymuje, że należy to do istoty Kościoła – jak ogromna nowość w kontekście, w którym pisał! Drugi tekst to książka, którą napisał, kiedy został mianowany dyrektorem seminarium dla studentów teologii, którzy przygotowywali się do objęcia posługi w Kościele Wyznającym, uczył mężczyzn, którzy powinni być przygotowani na życie bardzo trudne. Prawie wszyscy mieli do czynienia z gestapo, niektórzy zostali wtrąceni do więzienia. Niemiecki tytuł jest możliwie najkrótszy: Nachfolge, „naśladowanie”. To słowo mówi o tej książce wszystko. Jak poważnie potraktować to, co wyraził Jezus, nie odsuwać Go na bok, jak gdyby Jego słowa były nie z tej epoki? Książka mówi – w naśladowaniu nie ma zawartości, własnej treści. Chcielibyśmy, żeby Jezus miał jakiś program. A jednak nie! Iść za Nim, wszystko zależy od tego, co nas z Nim łączy – to On idzie z przodu a my idziemy za Nim.

Iść za Nim, to dla Bonhoeffera znaczy uznać, że jeśli Jezus jest naprawdę taki, jak o sobie mówił, ma w naszym życiu prawo do wszystkiego. Jest „pośrednikiem”. Żaden związek z innym człowiekiem nie może być ważniejszy niż więź z Nim. Bonhoeffer cytuje słowa Chrystusa wzywającego do porzucenia rodziców, rodziny, całego swego majątku. Dzisiaj to wywołuje lęk i z tym lękiem można by czytać tę książkę: czy Bonhoeffer nie tworzy obrazu Chrystusa zbyt autorytarnego? A przecież można przeczytać w Ewangelii, że ludzie zdumiewali się autorytetem, z jakim Jezus nauczał i z jakim wypędzał złe duchy. Jezus miał autorytet. On sam jednak mówił o sobie zupełnie inaczej niż faryzeusze, cichy i pokornego serca, to znaczy sam ciężko doświadczony i znajdujący się niżej niż my. Zawsze przedstawiał się w taki sposób i to w tej pokorze jest prawdziwy autorytet.

Całą ta książka jest zbudowana wokół tej zasady: słuchać z wiarą i wprowadzać w życie. Jeżeli słucha się z wiarą, jeśli się rozumie, że to mówi On, Jezus, nie można nie wprowadzać w życie tego, co mówi. Gdyby wiara cofała się przed wprowadzeniem w życie, już nie byłaby wiarą. Ograniczałaby Chrystusa, którego wysłuchała. Oczywiście, pod piórem Bonhoeffera może się to wydawać zbyt daleko idące, czy jednak Kościół nie potrzebuje wciąż od nowa takiego słuchania? Słuchania z prostotą. Słuchania bezpośredniego, natychmiastowego, takiego, które wierzy, że można żyć tak, jak prosi o to Chrystus.

Trzeci tekst to słynne listy z więzienia, Opór i uległość. W świecie, w którym dostrzega, że Bóg nie jest już rozpoznawany, w świecie bez Boga, Bonhoeffer pyta, jak będziemy o Nim mówić? Czy będziemy próbowali tworzyć obszary chrześcijańskiej kultury, z pewną nostalgią zanurzając się w przeszłości? Czy będziemy się starali wywoływać potrzeby religijne w ludziach, którzy na pozór już ich nie mają? Można powiedzieć, że dziś następuje odnowienie zainteresowania religią, ale często jest to tylko religijna politura nakładana na życie. Byłoby błędem z naszej strony, gdybyśmy wprost tworzyli sytuacje, w których ludzie będą potrzebowali Boga. Jak więc mamy mówić o Bogu dzisiaj? Bonhoeffer odpowiada: naszym życiem. Wielkie wrażenie wywołują zdania, w których opisuje przyszłość swojemu chrześniakowi: „Nadejdzie dzień, kiedy zapewne nie będzie można mówić otwarcie, ale będziemy się modlić, będziemy robić to, co należy, i czas Boga przyjdzie”. Bonhoeffer wierzy, że właściwy język będzie nam dany dzięki temu, jak żyjemy. Dziś wszyscy, nawet w stosunku do naszych najbliższych, możemy odczuwać trudności, żeby mówić o tym, że Chrystus nas zbawił, o życiu po śmierci i, jeszcze większe, o Trójcy Świętej. Wszystko to jest tak odległe od ludzi, którzy w jakimś sensie już nie potrzebują Boga. Jak zaufać, że jeśli będziemy żyli wiarą, język będzie nam dany? Nie będzie nam dany, jeśli udostępniać ludziom Ewangelię, pomniejszając ją. Nie, język będzie nam dany, jeśli będziemy nią żyli naprawdę.

W tych listach, podobnie jak w książce o pójściu za Chrystusem, wszystko kończy się niemal mistycznie. Bonhoeffer nie chciałby, żeby tak mówić, ale kiedy pojawiają się słowa o byciu z Bogiem bez Boga, myślimy o świętym Janie od Krzyża, o świętej Teresie z Lisieux w tym ciężkim okresie, jaki przechodziła pod koniec życia. Tego pragnął Bonhoeffer – zostać z Bogiem bez Boga. Odważyć się trwać u jego boku, kiedy jest odrzucony, odepchnięty. To nadaje pewną wagę wszystkiemu, co napisał. Trzeba jednak wiedzieć, że Bonhoeffer był optymistą. W jego wizji przyszłości jest dla chrześcijan coś wyzwalającego. Ufał – słowo zaufanie bardzo często wraca w listach z więzienia. W więzieniu Bonhoeffer chciał napisać komentarz do Psalmu 119, ale dotarł tylko do trzeciej strofy. Jeden werset tego psalmu podsumowuje to, czym on żył: „Jesteś blisko, Panie, i wszystkie Twoje przykazania są prawdą.” Dietrich Bonhoeffer żył z tą pewnością, że Chrystus jest rzeczywiście blisko, we wszystkich sytuacjach, nawet najtrudniejszych. „Jesteś blisko, Panie, i wszystkie Twoje przykazania są prawdą.” Możemy wierzyć, że wszystkie Twoje przykazania nie tylko są prawdą, ale zasługują na całe nasze zaufanie.

Brat François z Taizé

tekst ze strony www.taize.fr

Zostaw odpowiedź

Twoja odpowiedź: